The VALETZ Magazine nr. 4 (IV) - listopad 1998
[ CP-1250 ]
( wersja ASCII ) ( wersja ISO 8859-2 )
poprzednia strona 
			powrót do indeksu następna strona

VALETZ KONTAKT INFORMACJE
 
Miara cierpienia
    2/2
Mrozioł (korespondencję prosimy słać na adres redakcji)

Pojawiła się ciemność, pojawia się. Wszystko jednak zaczyna się w ciemności. I kończy. Zasnął, zaczął śnić lecz tak jakby się obudził - bardziej realistycznie niż kiedykolwiek.
Widzi ludzi, słyszy język, jakiś inny. Nie rozumie go. Mówią do niego, jego rodzice, lecz jakby nie jego. Lustro, wciąż widzi lustra, a w nich kogoś nieznajomego, ohydnego, bo jakby ubiegał się o prawa do jego osoby. Maurycy. I ludzie i rozmowy, czas pędzi. Stoi w kuchni, jego matka, woda się gotuje. Gwizd, świst czajnika, jakby wiatr dmuchał w okno samochodu. Wojna. Strzały. Tłum wędrujący i dzieci, mnóstwo dzieci. Samolot i świst, ten przerażający świst. Wybuch, i krzyki, i dzieci, których już nie ma. Krzyk wędruje razem z nim. Lustra, prześladują go lustra. Stary człowiek, starszy niż Karol. Dzieci, jego własne i trochę inne, jego, nie jego. Te dzieci, które gdzieś czekają. I nuży go ten chwilowy sen jakby był koszmarnie długi. Łóżko, stare ręce widzi, oddycha z trudem, płuca świszczą. Ten świst. Ma na coś nadzieję. I rozczarowuje się srogo.

* * *

Otwierają, kładą na wózek, zapach, ten zapach. Gdzieś jadą, ktoś mówi, coś mówi. Słowa są za szybkie. Znikają w ciemności. Jest głodny.

***

Obraz za oknem gnał jak porwany szalonym gwizdem. ¦wist ściskał zmysły zabijając wrażenia. Szalał. Uciekały drzewa, domy, kilometry. Niebo tylko stało w miejscu, jakby zawieszone ponad wszystkim. Samochód pędził jak szalony. Szalało wszystko. Prócz stojącego nieba, stało jeszcze pytanie, postawione niechcący, gdy nic więcej nie dało się wykrzesać z zapadniętych w przerażenie myśli. Pytania rodzą się zawsze głupie, nie zawsze mają czas by dojrzeć. To brzmiało: CO? Jechał wciąż drogą. Sporo za szybko i sporo nie na tym pasie. Sporo czasu zabrakło i sporo to kosztowało. Utraconą jasność tej rzeczywistości odzyskał w momencie, gdy przyszło mu się z nią rozstać na zawsze. ¦mierć nie miała metalowego aparatu na zębach i postaci człowieka. Lecz postać ciężarówki i metalowy zderzak... na przedzie. Zlała się śmierć z człowiekiem. Był huk, zniszczenie, paniczne ruchy kierowców. Kilometry. Na trwogę był huk, na przestrogę zniszczenie, na nic były te ruchy. Kilometry były na godzinę. Było w tym coś z groteski i przeznaczenia.
Znów przez burzę przedarła się błyskawica. O czym pomyślał Karol, gdy kierownica zawzięcie, w mgnieniu jego umierających powiek drążyła dziurę w czaszce. Jakie były jego ostatnie pragnienia i końcowe pytania, gdy zmiażdżone ciało wydało z siebie ostatni dźwięk? ¦mierć była tragiczna, a dźwięk komiczny. Trzaskające czoło wydało z siebie bulknięcie, chrobot, plaśnięcie. Nic więcej. Mózg rozleciał się szerokim chlupnięciem, stał się miękką szarą strugą wśród czerwonego ujuszenia.
Niczym więcej, do diabła. Ostatnie myśli wypełzły z niej ameboidalnymi ruchami.
Zaczęły się czołgać asfaltem w stronę na oślep, bo były tragiczne. Nikt ich nie poznał i nie zobaczył, bo to były takie malutkie myśli. Brzmiały tak: gdzie poduszka? A druga mniej więcej tak: ...do diabła! Tylko nikt nie jest pewien, czy aby na pewno, więc lepiej, że zostały zapomniane. Spadł deszcz. Padał tylko przez chwilę, bo wtem świat się skończył.

* * *

Gdy mózg rozpryskiwał się w nieistniejących już trzech wymiarach, ogarnęło go bolesne uczucie próżni i swędzenie wewnątrz czaszki, zachciało mu się krzyczeć. Krzyczał więc, a krzyk niósł się przez ciemność razem z wyobrażeniem o świecie.

* * *

Krzyczał, a głos miał pusty i zamknięte usta. Było nad wyraz ciemno. Poza tym, że ciemno, było jeszcze zimno i głodno. Myślał. Przypomniał sobie, co zaszło. Zrozumiał, że jest w samochodzie, zdążyła zapaść noc. Samochód musiał być okrutnie zmasakrowany skoro wszędzie wokół czuł ciasnotę. Zakonserwowany, ale ocalały. Głowę miał czymś zakleszczoną, obolałą i jakby coś obcego tkwiło w jej wnętrzu naruszając jej czystość, prywatność. Wystraszył się, że może być z nią źle. Wspomniał kierownicę. Poruszył się, ale nieznacznie. Marznące członki oblewał zimny metal i zimne powietrze. Ciemność była jeszcze zimniejsza. Gdyby nie ta ciemność, czułby się bezpieczniej. A tak - był niepewny. Lepka i mazista, do tego śmierdząca. ¦mierdziała jodyną i czymś takim, czego nie potrafił nazwać. Poza grubą jej warstwą usłyszał głosy. Było to tylko niemrawe brzęczenie organów głosowych. Nie rozpoznawał intonacji, ani języka. Tyle tylko, że rozumiał ... słuchał więc.
- Skończyłeś na dziś? Ile śmiertelnych?
- Trzy, dwie naturalne, no i ten ostatni - wypadek.
- Ingerowałeś?
- Tak, ciężarówka, pisk opon, zabójcza szybkość i Trabwummm! Pozbyłem się poduszki powietrznej.
- Domyślił się?
- Skąd... zginął na miejscu.
- Ile żył?
- Ze trzydzieści lat prawie... tu mam wynik - dwadzieścia osiem. To numer 7004a, miało być trzydzieści pięć bodajże, ale chcę iść dzisiaj wcześniej do domu, podłączają mi dziś lodówkę do sieci polarnej.
- A to? Jakieś zaburzenia emocjonalne przed śmiercią?
- No chyba, nie? Jechał na niego trzydziesto tonowy samochód.
- Nie tu, wcześniej. Dwanaście sekund zaburzeń pleurokapoidia... jakichśtam.
- Nie wiem. Mam nagranie z tego 7004aErata, zobaczę sobie w domu.
- A może wreszcie błąd sprzętowy, hę? Dawno się nic nie psuło. Kiedy był przegląd?
- Pogadaj o tym z Wincentem jak chcesz. On ma w końcu drugi stopień z konstrukcji systemowej, ja jestem od dostrajania łańcucha zdarzeniowego w obrębie...
- Wiem przecież co robisz... To twoje orzeszki?
- Podasz mi formularz delecji? Chcę to skończyć.
- Słuchaj, mam pomysł.
- Aha...wal śmiało.
- A gdybyśmy wstrzymali przegrodę ciemieniową?
- Chciałbyś mu wynicować mózg przy świadomości?!
- Spokój, drzesz się jakby ci lodówkę kradli. Wszyscy muszą słyszeć w sekcji b? Tam są dopiero sztywni formaliści. Mówię tak ogólnie, żeby go nie kasować, ale odłączyć.
- Otworzyć kapsułę?!
- No. Robiłeś to kiedyś?
- No chyba cię pokręciło, to jest wbrew chyba czterem punktom ustawy pierwszej.
- Pytam się, czy robiłeś to kiedyś?
- Raz, ale świadomość miał znacznie ograniczoną. To był paskudny widok. To nie był człowiek, stamtąd się żywym nie wychodzi. Ten facet też był jak, wiesz, żywy trup.
Patrzył na nas takimi płaskimi ślepiami. Wincent był tu wtedy i ten Cenobiusz z wydziału d, co pracuje nad jądrem. Nazwali to syndromem zaniku źrenic. A potem powiedzieliśmy mu, co się dało i rozpłakał się. W papierach jest to jako zwykła kasacja, ale jest tam odnośnik - eutanazja, to on nas prosił, żeby skończyć... daj mi spokój.
- To widzisz, zrobimy najwyżej tak samo, ale ile się dowiemy. Wyobrażasz sobie?
Ogromne możliwości. Od pierwszych testowych przypadków minęło już sporo czasu. Wiele się zmieniło, a oni jeszcze nigdy nie zanurzyli nikogo świadomego. Nic nie mają poza kilkoma teoretycznymi modelami Wizytatorów. A z człowiekiem jest dużo ciekawiej. Tamten wtedy, jak mówisz miał ograniczoną świadomość, a tu co innego. Na żadnym szkoleniu tego nie ma. Mógłbyś zrobić fakultet klasy b1 albo wyżej. Będzie miał nam wiele do powiedzenia...
- Zrozum, że to wrak. To będzie wrak. Wiesz, pozbawia się człowieka wszystkiego i jeszcze więcej. Przecież on tam żył, wiesz, miał znajomych...to, to tak jakbyś ty teraz na przykład ... chrzanić to, on przecież straciłby tą...tę...duszę.
- Jesteś wierzący?
- Spieprzaj, moja sprawa. Sprawdź stan licznika przy kapsule i funkcje życiowe i oddaj orzeszki.
Tup, tup.
- Który to?
- Z lewej. Wiesz, gdybym otworzył pokrywę, ścigałaby mnie do końca życia... wyżej, ten czerwony.
- Kto? Co?
- Obawa...
- Że niby przed czym? Wartość zero, funkcje normalne chyba...
- Chryste! ...jest świadomość...
- Jesteś jednak wierzący! Coś nie tak?
- Pipi...pipi.
Karol słuchał. Karol nie rozumiał. Miał szczerze dość spektaklu poza jego możliwościami pojmowania. Nie wiedział gdzie są te głosy, może tylko w jego głowie. Marzył o śniadaniu. Miał nadzieję wrócić do domu, albo lepiej do Anieli. Był głodny, od diabelnego poranka...tak odległego. Tak straszliwie zapomnianego. Nie wiedział bowiem, że tego poranka nigdy nie było i nie wiedział, że nadzieja to coś ulotnego. Ogarniała go furia, wściekłość i szczękanie zębami. Drżał. Zaczynał bać się ciemności. Drżał ze strachu. Zaczął mozolnie pchać ścianę, bo stan w jakim się znalazł wyraźnie mu nie odpowiadał, poza tym bał się tego drżenia. Ręce były sztywne, zgrabiałe.
- Odetnij go. On jest przytomny. Odetnij go zanim zrozumie.
- Czerwony, tak? Wciskam czerwony. Negatywnie!
Huczały w uszach uderzenia skręconą dłonią. Grzmienie zewsząd i drżenie. Łup. Łup.
- Przegroda ręczna, aktywna! Ręcznie!
- Krrrh...Krrrh....Wrrr
- Nie w kapsule kretynie! Nie w kapsule!
- Samo się otwarło! Mówię ci samo!
Pchnął raz jeszcze i stało się światło. Zniknęła ciemność i strach, i wyobrażenie o tym, co dzieje się poza. Skrzypnęła pokrywa. Leżał, więc wstał. Miał coś ciężkiego na głowie, ale przynajmniej poczuł się człowiekiem. Poczuł się Karolem. Miał potrzebę zrozumienia wszystkiego a rozmowa z tymi ludźmi była w stosunku do zimnej ciemności lepszą alternatywą. Ci ludzie natrętnie mu się przyglądali. Zastanowił się, kim są? Ale nie doszedł do żadnych wniosków.
- Czuje się pan, jak? Panie Antoni. - Zapytał człowiek średnio zarośnięty, całkiem blady wykrzywiany co chwila śmiesznym tikiem nerwowym na twarzy. Jego ślina dała o sobie głośno znać przenikając w głąb przełyku. Mimo to wyczuwało się odrobinę zadowolenia w jego bladobłękitnych oczach.
- Boże, co ja zrobiłem. - Ten drugi był spokojny, ale jakby rozgoryczony. Drugi człowiek - zgrabnie łysy jak sąsiad Karola.
- Ja, ja bym coś na siebie. Zimno. - wyjąkał Karol nieswoim głosem. Nie przysiągłby, że to właśnie on powiedział to w tej chwili. Czuł się jak dobry sufler kiepskiego aktora.
- Tak proszę tu, grzejnik, pomogę... - Karol wyczułby prośbę o przebaczenie w głosie łysego, gdyby tylko mógł czuć cokolwiek. Było mu zimno.
- Czuję się...ś - świetnie.
Łysy zarzucił fartuch na blade plecy Karola. Położył z zadumą okulary na stole, zaraz obok paczki orzeszków. Orzeszki były apetyczne i pożywne, jak pamiętał Karol. Potem zbliżył się do grzejnika, do Karola. Karol myślał o cieple przede wszystkim.
- Panie Antoni... - powiedział z westchnieniem i zabrał się za odczepianie kabli z zimnego ciała Karola. Kable łączyły się z czymś ciężkim na głowie.
- Mam na imię Karol - powiedział Karol będąc absolutnie pewnym co do tego przynajmniej.
- Przykro mi... niech będzie panie Karolu. - Odrzekł spokojnie. Udawał.
- Je, jestem w - w... szpitalu. - Spytał z trudem. Stwierdził raczej. Mówienie było uciążliwe. - To do leczenia? - Wskazał na kapsułę. Kapsuła przypominała trumnę. - Czy dłu - ugo jestem t - tu, wyzdrowiałem? Zimno mi o - okrutnie. Kierowca... ciężarówka... też dobrze? - Chyba usłyszał chichot tego drugiego. Mogło mu się zdawać. - Pa, panie doktorze, źle to wyglądało? Bo chyba nie wyskoczyła po, po... - zastanowił się głęboko, choć nie czuł się w pełni sił umysłowych. Nie czuł się w pełni niczego. - Nie wyskoczyła... Pa, pamiętam... To źle było ze mną chyba, chyba źle. - Spojrzał na drugiego, znów na pierwszego, kilka razy. - Operacja? Przeszczep? Gorzej? Moja żona wie? - Dlaczego nic nie rozumiał, dlaczego czuł się nieswojo.
Ogarniały go idiotyczne przypuszczenia co do swojego położenia. Odrzucał je po kolei z coraz gorszym skutkiem.
Starszy, lekarz jak się wydawało, usiadł na kapsule. Teraz Karol zauważył, że jest ich więcej. Wyglądały nie jak trumny, a jak, przypomniał sobie jakby od dawna szukał tego słowa - sarkofagi.
- Gdybym powiedział panu, panie Karolu, że...że spał pan sto lat albo tysiąc. Uwierzyłby pan?
Karol nie silił się na odpowiedź, nie sądził, że to może być pytanie.
- Panie Karolu jest pan daleko od domu, to nie jest pana świat. - Łysy bardzo się starał, by oddać w kilku wymęczonych słowach jak najwięcej sensu, prawdy. Wychodziło mu to tragicznie.
- A czy te, te, zate...lefonować. - Łysy oparł się bezwładnie o stolik. Zamarł, a jego twarz była objawem beznadziejnego zdziwienia. - No zadzwonić - wyjaśnił Karol podnosząc do ucha udawaną słuchawkę. Opuścił jednak rękę. Ktoś wewnątrz bolesnej czaszki wyjaśnił mu, że to śmieszne - niemożliwe.
Coś było nie tak w tych ludziach. Wyraźnie tajemniczego diabelsko - anielskiego. Albo to z nim było coś nie tak. Miał wypadek, poważny. Bał się, że powaga wypadku mogła go jeszcze przerazić. Nagle odezwał się młodszy żwawym krokiem zbliżywszy się.
- Pan Vajac chce powiedzieć, że już pan nie jest Karolem Erata...
- Zamknij się, ja mu to powiem.
- Panie Anto...proszę pana, - nie rezygnował tamten - to wszystko, co się panu wydawało życiem... - Zabrzmiało komicznie, więc urwał i machnął ręką.
- Pan nie żyje panie Antoni, panie Karolu.
Zaczynał źle rozumieć słowa. Odpływał w beznadziejność.
- Umarłem? N - nie...nie...
- Tak panie Karolu nie żyje pan.
Przestawali go interesować ci obcy, ale chciał pytać. Bolesna obojętność swoja wobec siebie.
- N - nie...bo czy piekło?
- Czemu od razu niebo i piekło - parsknął brunet. - Może doznał pan reinkarnacji.
- Zamknij się, słyszysz... to wszystko przez ciebie. Wyleją nas obu...
- Nie wylali by nas, bo jesteśmy potrzebni, poza tym, to była wada mechaniczna, nie stresuj się.
- Ja się nie stresuję, ja tylko chcę, żeby on zrozumiał...
- Co, że nigdy nie był jakimśtam Karolem? Niech popatrzy w lustro.
- Mógłbyś po prostu się zamknąć! On miał tam ludzi, rodzinę, żył tam, nie?
- A tu nie może mieć? Ma szansę na drugie życie.
- Chyba dlatego się tu znalazł, że nie miał wielkich szans.
- Niech pan spojrzy tam - powiedział brunet bawiąc się ironią w głosie. Szarpnął wątłe ciało Karola. Karol spostrzegł swoje chude nogi, poczuł się słaby. - Widzi pan te kapsuły, leżą w nich ludzie, którzy się już nie obudzą. Kalecy, chorzy, przegrani, widać podobni panu. - Igrał sobie z tym, co czuje Karol. Karol nie czuł nic. Podbiegł do kapsuły i poklepał jedną czule. - Daliśmy im nowe życie. Życie trwające dziesiątki lat. Daliśmy im sen, trwający kilka dni. Rodzą się programowani od początku.
Szeregowanie aminokwasów trwa osiem sekund. Kobieta albo mężczyzna ... od życzenia. ¦wiaty robi się na miarę ich potrzeb. Przeważnie niewielkich. Żale, miłości, nadzieje, marzenia i tak dalej. Potem umierają. Umarł pan panie Karolu, jest pan w zaświatach. Stąd dopiero rozchodzą się nowe rzeczywistości. My je kreujemy. A pan wierzył, że co, że niby Bóg? - Prawie się śmiał, szydził.
Karol otwarł usta, miał pytanie, ale nie wiedział, jakie.
- Dość! - krzyknął drugi.
- O...orze...szki ... - jęknął Karol.
Starszy spojrzał zdziwiony i bezmyślnie podał mu orzeszki. Starał się wcisnąć je we wiotką, zimną dłoń. Upadły. Rozsypały się. Tak się zawsze rozsypują orzeszki, pomyślał Karol. Wszędzie się tak rozsypują, chyba. Zawsze się tak rozsypywały, gdy głupie solone arachidy wypadały z drżącej dłoni. Tam gdzie Karol żył, chyba.
- Co pan na to panie Karolu? Czy czuje pan potrzebę życia? A czego się pan spodziewał, co? Wieczności? A to jest gorsze? To Ziemia, taka zwyczajna. To jak nowe narodziny w czyimś innym ciele, czyż nie?
Karol odwrócił głowę, bez powodu.
- No ma pan rację, ja nie mogę tego w pełni rozumieć? Proszę mi powiedzieć. Nie pamięta pan swojego przyjścia tu trzy dni temu. Daleko sięga pana pamięć? Do dzieciństwa, do narodzin, czy może jednak dalej?
Starszy stał zagubiony pośród słów kolegi. W pewnej pojedynczej chwili jednak podniósł głowę i ruszył ku niemu.
- Niech mi pan powie skoro już pan żyje... - nie dokończył, bo szczęka nienaturalnie się wygięła przygniatając język. Zęby wydały cichy łomot. Łysy nieudolnie zamachnął się po raz drugi, ale zrezygnował. Karol usłyszał krzyki jak jedną ponurą melodię. Posuwał nagie stopy po zimnej posadzce, w kierunku drzwi.
- Anielu...z - zimno...z - zimno, Anielu. - Aniela nie bardzo mogła to usłyszeć. Nie ten kosmos i czas.
Drzwi były lustrzane. Z drugiej ich strony stał człowiek. Miał na imię Antoni. Był chudy, nieznajomy, zarośnięty. Zapadnięte oczodoły były ciemne. Zbliżył się, by zobaczyć oczy. Oczu nie było. Widział tylko płaskie, mętniejące suche grudki pod powiekami. Powiadają, że oczy to zwierciadło duszy. Może mają rację.
Antoni nie był złym człowiekiem, miał taką smutną twarz. Obaj myśleli o tym samym, obaj stracili równie wiele.
- Sen Anielu...sen...się k - kończy zawsze. - Chciał się uszczypnąć, ale nie miał siły. Nawet nie zauważył, kiedy osunął się na podłogę.
Krzyki ucichły. Mówili już spokojniej. Karol rozumiał, że teraz obaj chcą czyjejś śmierci. Nie byli źli, trochę zdenerwowani, owszem. Mówili mu po imieniu, dwoma imieniami. Mówili, że będzie dobrze, wystarczy coś przekręcić w ciężkim hełmie na głowie Karola. Antoni w lustrze miał taki sam hełm. Antoni nie poruszył się, tylko spoglądał bezdusznie. Karol nie chciał się również ruszać.
Ktoś musiał być poruszony by tak energicznie otworzyć drzwi. Antoni zniknął, Karol zauważył klamkę. Blisko, aż po ból. Policzek zrobił się gorący. Myśli stały się ostrzejsze. Widział wchodzącego człowieka, poczuł agresywne, wzmagające gniew świeże powietrze zza drzwi. Przygryzł od wewnątrz piekący policzek. Smak miał coś z grozy.
- Co robicie?! - Krzyknął wchodzący nie zauważywszy Antoniego ani nawet Karola. - Była awaria i mamy przebudzeńca. Szaleje w dwunastce, chodźcie.
Chwila konsternacji, wahanie. Jakby nie chcąc zwracać niczyjej uwagi na pokurczonego człowieka obok drzwi, starszy i łysy zapytał:
- Brak zaniku źrenic?
- Był, ale nagle znikł. Wpadł w furię bez powodu. Chce, żeby go odesłać. ¦wiat jest po delecji. Ruszcie dupy co tak stoicie jak słupy?
Brunet kiwnął dziwnie głową spoglądając na Karola. Wymalował się mu na ustach kolejny nerwowy grymas. Ten trzeci odwrócił się szybko rozeźlony. Tuż za swoimi plecami u nóg spostrzegł tragiczne zwałowisko kości i skóry. Karol nie odwzajemnił spojrzenia. Odwzajemnił złość. Z siłą zbyt nikłą, by zdziałać cokolwiek uderzył panicznie stojącego nad nim człowieka w brzuch. Poderwał się i wcisnął między niego a drzwi. Zakręt, korytarz, bolesne nogi i po schodach w górę, zakręt, schody...

* * *

Znów odzywał się w nim instynkt, to był instynkt Karola. Karol chciał zabić Antoniego. Znów nadzieja. Poczuł radość między siódmym a ósmym stopniem. Przy dziesiątym ją utracił. Chciał na dach, chciał życia, ale innego. Tego musiał się pozbyć. ¦nił, a ze snu można się wyrwać, trzeba tylko z nim skończyć.
- Idę Anielu...idę - powtarzał.
Nie wiedział, gdzie jest, w przestrzeni między Bogiem a życiem. Czy ma jakieś przywileje? Bał się, bo nie znał zaświatów. Poczuł się oszukany. Chciał płakać, ale był tylko zły.
Na dachu było zimno. Tak zimno bywa w styczniu, w świecie Karola. Karola? Karol nie miał już świata, miał tylko Antoniego. Antoni miał tylko swój świat i to na niedługo. Karolu, oto Antoni. Antoni, oto Karol. Nie znali się przecież. Pochodzili z dwóch różnych miejsc. Zaraz mieli się rozstać. Wiał szalenie zimny wiatr. Gwizdał wśród konstrukcji wentylacyjnych. ¦wist miał coś z absurdu i Karol nie uwierzył w niego. Usiadł tam, gdzie kończył się budynek. Krok dalej kończyło się życie. Nie bał się już śmierci. Była taka znajoma, a on nabierał wprawy w umieraniu. I przestawał w nią wierzyć powoli, też była absurdem. W dole mrowili się ludzie. Zwały mięśni i wnętrzności. Logiczne konstrukcje ośmiosekundowej kombinacji. I każdy miał duszę. Wykombinowaną zapewne w ten sam, cudowny sposób. Splunął. Wysoko było. Nie zastanawiał się już nad sensem swego czynu, wiedział. Chciał jeszcze tylko trochę posiedzieć i pomyśleć. Odrobinkę, zanim wkroczy w niepewność. Może już nigdy nie będzie myślał.
Usłyszał kroki za sobą. I głos bruneta.
- Czego boimy się umierając? Pan się już nie boi, prawda?
Zrozumiał, że on - Antoni, powinien szczególnie się bać.
Stary chrząknął.
- Życzę ci... - nie bardzo wiedział jak skończyć i co zrobić z własnymi rękami w tym momencie. Podrapał się w czoło.
Chyba bardzo nie zależało im, by powstrzymywać Antoniego. Może przyszli dotrzymać mu towarzystwa, albo zabawić się w obserwację reakcji kogoś kto żył, a nie miał do tego prawa. Przyszła też niewidzialna ze srogim aparatem na zębach. Brakowało już tylko ciastek albo alkoholu. Można było urządzić małą stypę z udziałem umierającego.
- No to... - kiwnął lekko dłonią - żegnaj Antoni - powiedział starszy człowiek. Cieszył się trochę, bo myślał, że cokolwiek tam się znajdzie, będzie lepsze dla Antoniego, a na pewno dla Karola. Poprawił okulary. - Pozdrów od nas tego u góry.
- Nie widzisz ślepy łysolu, że ja lecę na dół?! - I skoczył. Zaświstał wiatr.

* * *

Zaśmiał się, czując, że powoli się budzi. Zlany przyjemnym ciepłem emocji rozszczepił się na chodniku. Były krzyki przerażonych przechodniów, bulwersacje. Jego to jednak obchodziło niewiele. On był już gdzie indziej. Gdzie? To miało się okazać. Poczuł zapach jodyny i niewyraźny swąd topionego plastiku.

* * *

- Jak jest w krainie naszych marzeń? - zakwiczał podle jakiś babsztyl, gdy pokrywa sarkofagu huknęła otwierana. Zapłakał.

 

poprzednia strona 
			powrót do indeksu następna strona

19
powrót do początku
 
The VALETZ Magazine
[ http://www.valetz.pl ] lub
[ http://venus.wis.pk.edu.pl/magazine ]
kontakt: redakcja@valetz.pl oraz redakcja@valetz.pl

(c) by The VALETZ Magazine. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Powielanie i kopiowanie na dowolny nośnik w części lub całości zabronione.
Odpowiedzialność za treści tekstów i prac graficznych spoczywa na barkach ich autorów, a poglądy wyrażane przez nich nie zawsze zgadzają się z poglądami redakcji.
Materiały prezentowane na łamach The VALETZ Magazine są własnością ich autorów. Redakcja nie zwraca nadesłanych materiałów i zastrzega sobie też prawo do skracania tekstów.